Artykuły

Czego Jaś się nie nauczy…to Jan może umieć

Skoro tytuł przysłowiowy, to początek też. Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Ale czy na pewno musi trącić? Czy można ją jakoś nakłuć, odłupać, wpuścić trochę świeżego powietrza, żeby siedzący w środku kurczak mógł wyjść, wolny od ograniczającej skorupy? Jasne, że można. Trzeba chcieć, a z chceniem różnie bywa. A gdzie o chceniu, tam o motywacji. Co zrobić, żeby Jaś chciał stawać się coraz bardziej kompetentnym Janem? Od czego (między innymi) zależy nasz poziom chcenia w dorosłości?

Mały Jasio rodzi się ze swoimi potrzebami fizjologicznymi, które są zazwyczaj zaspokajane już od momentu wydania pierwszego krzyku. Chociaż jasno tego nie sygnalizuje, od pierwszej chwili ma także potrzeby psychiczne, które wraz z wiekiem są bardziej widoczne. Jasio domaga się ich zaspokajania coraz dobitniej, bardziej spektakularnie, niejednokrotnie nastręczając opiekunom wyzwań wymagających gimnastyki słowno-emocjonalno-alogicznej. Te potrzeby psychiczne można podzielić na trzy kategorie: te związane z relacją, te dotyczące kompetencji oraz te wiążące się z autonomią. Jeżeli Jasio na drodze stawania się dużym Janem będzie motywowany tylko metodą kija i marchewki, będzie to stało w opozycji do jego naturalnej potrzeby samostanowienia. Będzie miał dwa wyjścia. Pierwsze to podporządkowanie się i robienie czegoś „za nagrodę”, „dla nagrody”, przez co zmniejszy się jego zaangażowanie w aktywność jako taką, nie będzie szukał w niej przyjemności. Drugie wyjście to zbuntowanie się, aby pokazać własną autonomię, zaznaczyć granice. Ani jedno, ani drugie wyjście nie jest korzystne długofalowo. Jasio podążając za marchewką nie będzie wiedział, co lubi, co go interesuje i jaki jest w ogóle sens podejmowania aktywności, w której nagrody brak. W szkole pouczy się dla ocen albo dla rodziców, raczej nie dla przyjemności zdobywania wiedzy. Kilkanaście lat później duży już Jan być może będzie miał problem z określeniem, jaką ścieżkę zawodową wybrać, a jak już wybierze, to trudno mu będzie zaangażować się w projekt z własnej inicjatywy, podejmować wysiłki mimo odroczonej nagrody/awansu, komunikować własne potrzeby, przyznawać się do błędów i traktować je jako okazji do wyciągania wniosków. Metoda kija jest dla mnie mocno kijowa, więc tutaj nie będę jej poruszać.

Nagrody przychodzą do nas najczęściej „z zewnątrz”, są nam proponowane, nie zawsze mamy wpływ na ich obecność. Jest jednak coś wewnątrz nas, na co mamy wpływ: nasze przekonanie dotyczące źródła sukcesu. Carol Dweck wyróżniła dwa sposoby postrzegania zdolności, talentów, inteligencji. Pierwszy nazwała nastawieniem na trwałość. Jeżeli orientujemy się na trwałość, wyjaśniamy nasze sukcesy wrodzonymi zdolnościami: albo coś nam jest dane „z góry”, albo tego nie mamy i mieć nie będziemy. Staliśmy nie w tej kolejce, gdzie rozdawali pracowitość, więc jesteśmy leniwi. Babcia i mama miały dwie lewe ręce do prac manualnych, to i my takie mamy. Wszystkim w rodzinie słoń nadepnął na ucho, to ja też pewnie nie mam poczucia rytmu i tańczyć nie będę (choć lubię się ruszać przy muzyce). Ale za to urodzony ze mnie artysta… Skutki takiej interpretacji sukcesów i porażek? Przede wszystkim lęk przed popełnianiem błędów; niechęć do podejmowania wyzwań, bo może to obnażyć słabości; rezygnowanie z czegoś przy pierwszych potknięciach (w myśl „Widocznie się do tego nie nadaję”), traktowanie uczenia jako sprawdzianu własnych zdolności, negatywne reakcje na krytykę. I jak tu zachować pozytywną samoocenę? Nie brzmi to za dobrze… Osoby prezentujące drugie nastawienie, nastawienie na rozwój, mają przekonanie, że ich zdolności i inteligencja mogą być rozwijane w toku ich życia, bez względu na „wyposażenie” genetyczne czy obecny wiek. Są bardziej elastyczne, uważają, że ich wzrastanie zależy w dużej mierze od włożonej pracy (choć nie wszystko można wypracować), a porażki traktują jako źródło wiedzy o sobie, co już umieją, a czego jeszcze nie. Skutki? Wyznaczają sobie ambitne cele, gdyż podejrzewają, że dzięki nim mogą nauczyć się czegoś nowego; błędy traktują jako naturalny element procesu uczenia się, a przede wszystkim potrzebną informację zwrotną; niestraszna im konstruktywna krytyka, nie zrażają się, i – co najważniejsze – uczenie się daje im poczucie satysfakcji, stawania się coraz bardziej kompetentnym. To napędza ciekawość, motywuje do działania. A sprawdzanie się w kolejnych zadaniach buduje samoocenę.

Jeżeli Jasio za młodu mógł trochę poeksperymentować, sprawdzić, co przychodzi mu z łatwością, a co z większym trudem, pomylić się tysiące razy, nie będąc przy tym notorycznie krytykowanym, prawdopodobnie wyrobi sobie jakiś pogląd dotyczący jego mocniejszych i słabszych stron. Jeżeli trochę większy Janek był zachęcany do spokojnego wyciągania wniosków ze swoich błędów, zastanawiania się, co zrobił dobrze, a co może zrobić inaczej następnym razem, istnieje duża szansa, że kilkanaście lat później będzie miał tajemną wiedzę o sobie. Rodzaj wewnętrznego głosu, który podpowie mu, jak się zmotywować w danym momencie; który popchnie go w ambitnym kierunku z lekkim rozedrganiem i ekscytacją, ale bez paraliżującej obawy; który rozstrzygnie, czy krytyka szefa była słuszna czy nie, a jeżeli tak, to co warto poprawić.

Ogromne znaczenie dla Jana będzie miało środowisko, w jakim wzrastał, rodzice, szkoła, ludzie, których spotykał po drodze. Może być też tak, że z różnych względów nie byli oni wspierający dla rozwoju motywacji wewnętrznej, i Janowa skorupka już trąci orientacją na trwałość, a wgniecenie w niej uciska poczucie własnej wartości. Za pierwszy krok do zmiany warto wówczas obrać wytropienie momentów, kiedy takie nastawienie nie służy mu w życiu. Spróbować podejść do błędów trochę z przymrużeniem oka, dystansując się do nich popukać w skorupkę i sprawdzić, czy robi się luźniej. Zaryzykować, pójść trochę w nieznane, pozwolić sobie na moment eksperymentowania. Może w wyniku eksperymentu z małego na pozór jaja wyłoni się duża kolorowa papuga?